Co ma być, to będzie? :)

„Co ma być, to będzie” – żadne inne zdanie nie wywoływało we mnie większej złości i chęci buntu niż to…

Przez znaczną większość mojego życia. Nie daj Boże ktoś skomentował jakieś moje bolesne doświadczenie (w ramach „pociechy”) słowami: „Widocznie tak ma być”, „Widać nie jest wam pisane razem”, i wreszcie wisienka na torcie goryczy: „Co ma być, to będzie”.

  • #%&*%$ !!! Jak można wierzyć w takie brednie?! Jak nie weźmiesz życia w swoje ręce, to skończysz z pilotem od telewizora na wersalce, albo półkotapczanie jeszcze z czasów komuny. Nic się nigdy nie zmieni na lepsze! Będziesz tylko poprawiać poduszkę pod tyłkiem i wykrochmaloną serwetkę na odbiorniku telewizyjnym.

Bałam się takiego „biernego” scenariusza jak ognia!

Tak więc mój wewnętrzny buntownik krzyczał. Chciał zawsze i wszędzie trzymać ster w swoich rękach. Pytanie tylko, czy to dobrze? Czy niekoniecznie? O tym właśnie za chwilę…

***

Nie przeczę, to dzięki niemu (temu buntowniku) wiele rzeczy mi się w życiu udało i wiele osiągnęłam. Kiedyś, jeszcze na studiach, pewna pani profesor wredna baba nie chciała mi zaliczyć egzaminu na drugim roku, a swoją decyzję ubrała w słowa: „Pani i tak nie zda, ani teraz ani za rok. Pani skończyła jakieś nieznane liceum w małym mieście. Nie nadrobi Pani tego w rok.”

Załamało mnie to na chwilę. A po wylaniu morza łez wywołało reakcję: „Nie nadrobię? To paczpani!” Za rok dostałam piątkę, a studia skończyłam w terminie.

Wydawało mi się wtedy, że o wszystko trzeba walczyć, udowadniać, gnać po swoje, nawet po trupach.

Jeżeli po jednej stronie osi umieścić pełną kontrolę i przekonanie: „jestem panem swojego losu”, a na drugim krańcu myślenie, że skoro istnieje coś takiego jak przeznaczenie, to „Jola weź mnie przynieś piwo z lodówki, bo co tu innego robić” – to ja byłam przy tym pierwszym ekstremum. Ubrana w mundur, z sierpem w ręku i z wąsami. 😉

Aż w końcu coś pękło.

Pewnego razu, będąc w naszych pięknych Tatrach, wchodzę sobie na jakiś szczyt górski. Nie tam zaraz Rysy. Coś mniejszego. I doznaję olśnienia. Myśl, która wtedy przemknęła przez moją przewianą (=przewietrzoną) głowę zapisałam w telefonie i mam ją do dzisiaj:

„Ile to razy wydaje nam się, że chcemy coś osiągnąć, a na samym szczycie okazuje się, że wcale nie jest tak fajnie jak miało być.”

Pamiętam, że chciało mi się wtedy ryczeć. Zdałam sobie sprawę, że wielokrotnie moje wysiłki były tak wielkie, tak nierzadko męczące, że nie dałam sobie nawet okazji sprawdzić „jakby to było, gdybym się tak mocno nie starała”. Może życie sprawiłoby jakieś niespodzianki, o których nawet mi się nie śniło?

Kolejnym przełomem były mocne słowa, jakie powiedział mój ulubiony nauczyciel, Mooji – „Człowiek może marzyć. Ale nie ma mocy tych marzeń spełnić. Niezależnie od tego, co ktokolwiek mówi.”

W tym miejscu kiedyś włączyłby mi się buntownik z soczystym okrzykiem: k%^&*%$ć na ustach. Poza tym, przecież ta wypowiedź jest taka niemodna i niedzisiejsza – w czasach, kiedy mówcy motywacyjni krzyczą ze swoich ambon, że „jesteś panem swojego losu”, albo że masz tylko powtarzać afirmacje i ci się spełni – proszę ciebie – co chcesz.

A Mooji cicho ciągnął dalej… Samą determinacją i silną wolą można i coś na chwilę osiągnąć, ale nie mamy już wpływu na to, czy to coś będzie trwałe i czy przyniesie nam autentyczne spełnienie (bo to spełnienia i szczęścia przecież docelowo szukamy).

Na przykład: Działaniem, taktyką i determinacją można poderwać piękną kobietę, starając się być jej księciem na białym koniu, prawiąc jej komplementy, zachowując się jak dżentelmen, obiecując gruszki na wierzbie. Ale ile chcesz na tym białym koniu jeździć pod jej dyktando? Całe życie się nie da. A ona wreszcie zobaczy, że już dawno bajka o księciu i księżniczce się skończyła. Będzie rozczarowana. Może odejdzie. A może zostanie, ale żyjąc iluzjami pewnie oboje nie będziecie szczęśliwi. Mimo, że spełniłeś swoje marzenie o poślubieniu właśnie tej kobiety. Udało Ci się! Fanfary. Kurtyna w dół.

Pytanie, czy fanfary słychać w Twoim sercu?

Determinacją można wiele zdziałać. To fakt. Ale jest w tym często jakaś taka brutalność. Jakby się walcem jechało po pięknej, delikatnej łące. Czasami też udaje nam się coś osiągnąć, a potem okazuje się, że to wcale nie był ani dobry czas, ani okoliczności nie sprzyjały.

Życie często wie lepiej niż my sami (i nasze ego z całym jego chciejstwem i niecierpliwością). Wystarczy spojrzeć na naturę i widać jak na dłoni, że to wszystko jest jakoś tak harmonijnie urządzone. I nie potrzeba tu za wiele naszych ingerencji. Motyl, zanim stanie się motylem, musi trochę posiedzieć w tej swojej obrzydliwej poczwarce. Jeśli otworzymy na siłę kokon, żeby „biedakowi pomóc” się wydostać, to może nigdy nie polecieć i nie rozwinąć skrzydełek.

Odwalmy się więc od motyli! 😉

Tak właśnie, po nitce do kłębka, zatoczyliśmy koło i możemy ze spokojem zasiąść na wersalce, na półkotapczanie, albo na łące. Nie z bierną myślą, że „co ma być to będzie”, lecz z pełnym przekonaniem, że wiemy doskonale czego chcemy, ale jednocześnie jesteśmy otwarci na wszystko, co nam życie samo podsunie. Ciekawe co fajnego mnie spotka dzisiaj, jak skończę pisać ten tekst? Albo Ciebie, jak skończysz go czytać? Może poniesie nas w zupełnie nowym kierunku, niż planowaliśmy iść jeszcze wczoraj? A może zobaczymy nowy drogowskaz na swojej dotychczasowej ścieżce?

… życząc Wam cudownego dnia…

Asia