Od lęku do miłości (I) – Dlaczego boimy się kochać?

Zapytano kiedyś Einsteina: „Jakie jest najważniejsze pytanie, które można zadać człowiekowi?”. Einstein, po chwili namysłu odparł: „Czy świat w którym żyjesz jest przyjazny, czy nie?”. Ten zalążek rozmowy wprost idealnie nadaje się na wstęp do tego artykułu.

Jeśli w podświadomości masz głęboko zakorzenione przekonanie, że świat jest okrutnym, wrogim miejscem, wówczas twoje doświadczenia będą zabarwione strachem, niepewnością, bezsilnością. Jeśli natomiast wierzysz w to, że jest odwrotnie, wtedy będziesz otwarty na wszystko, co życie ci oferuje.

Czy Twój świat jest bezpiecznym miejscem?

Wspomniane pytanie można by zadać w nieco inny sposób – Czy miłość (w twoim świecie) jest większa i silniejsza niż strach? Zazwyczaj większość ludzi waha się pomiędzy jednym a drugim. Zupełnie jak na karuzeli. Gdy wszystko dzieje się dobrze, po naszej myśli, wówczas możemy pięknie i kwieciście mówić, że „Tak, wierzymy, że miłość zwycięży wszystko; że życie ma sens; i tak dalej.” Ale gdy tylko wydarzy się coś przykrego, lądujemy na drugim krańcu, odległym o 180 stopni – wtedy rządzi nami lęk.

W dodatku jesteśmy święcie przekonani, że to właśnie to przykre, smutne wydarzenie jest sprawcą naszego cierpienia. Że gdyby nie ono, to świat nadal byłby różowy.

Ale prawda jest taka, że to zdarzenie tylko w pewien sposób nacisnęło na strunę, która już wcześniej była w nas obecna. Skąd zatem bierze się to przekonanie, że świat nie jest przyjaznym światem?

Jeśli nie z bieżącego wydarzenia, to – rzecz jasna – z przeszłości. Tam znajduje się cała nasza „wiedza” o świecie – poparta latami subiektywnych doświadczeń i wysnutych samodzielnie wniosków.

Kiedy byliśmy bardzo mali, to różne sytuacje, zbiegi okoliczności i zachowania innych sprawiały, że zaczęliśmy myśleć w taki a nie inny sposób. Warto zauważyć, że cały nasz „dwu lub trzyletni świat” bazował wówczas jedynie na bliskich relacjach z rsz_cryingbabymamą i tatą, z najbliższymi osobami, które kochaliśmy. To właśnie od nich uczyliśmy się o sobie i świecie. W postrzeganiu naszego dziecięcego umysłu byli oni jak lustro, źródło wiedzy, albo co najmniej jakaś wyrocznia. Poczucie bezpieczeństwa i bycia kochanym odczytywaliśmy więc jako dowód na to, że świat jest dobrym, przyjaznym miejscem, a ludzie są fajni.

Podobnie każdą sytuację, w której czuliśmy, że nasza więź z najbliższymi jest zagrożona (w jakikolwiek sposób), prawdopodobnie zinterpretowaliśmy jako coś najstraszniejszego, jak koniec świata.

Nie trudno się domyślić, że takie małe przerażone dziecko (np. zostawione samo, „by się wypłakało”), może sobie pomyśleć: „Coś musiałem zrobić. Coś jest ze mną nie tak.” To właśnie wtedy wstyd i poczucie winy dają o sobie znać po raz pierwszy.

Nie jestem wystarczająco dobry/dobra.

Tak oto wnosimy pewną „wiedzę” na swój temat w kolejne lata życia. Budujemy fałszywy obraz siebie w oparciu o niepodważalne (!) przekonanie, że coś jest z nami nie tak. Nie musimy być nawet tego świadomi.

rsz_lonelylittlegirlPóźniej do „gry” zwanej życiem wkracza nasze ego. Trochę tak, jak gdybyśmy mieli w sobie część, która chce nas ochronić. Pytanie tylko czy jest to prawdziwa ochrona? Ego potwierdza nam nasze nowo nabyte przekonanie: „Tak, to prawda, jesteś niegodny miłości. Coś jest z tobą nie tak.”, ale za chwilę oferuje rzekomą pomoc: „Nie martw się, zrobimy wszystko, by to ukryć”. „Ja ci pomogę, jestem jedynym sprzymierzeńcem, jakiego masz”.

Innymi słowy, słyszymy komunikat: „Tak, jesteś śmieciem. Ale jestem tu po to, by ci pomóc!”. Zaraz potem pojawiają się kolejne obietnice: „Nic tak strasznego więcej ci się w życiu nie przytrafi! Już ja o to zadbam.”, oraz: „Wspólnie poszukamy czegoś lub kogoś, kto wypełni te braki, które masz w sobie.”

Pojawia się iskra (iluzorycznej) nadziei, że coś z zewnątrz może nas uratować i że już nigdy nikt nas nie skrzywdzi.

Jesteś zepsuty. Jak możesz to naprawić?

Ciąg dalszy łatwo przewidzieć. Skoro wierzymy, że bycie sobą nie jest czymś dobrym, zatem zaczynamy obmyślać kim musielibyśmy się stać, żeby było OK? Żeby nie czuć wstydu? Skoro jestem niegodny miłości, to co musiałbym zrobić, żeby mnie pokochano?

***

W życiu małej Catherine wszystko toczyło się pięknie i kolorowo, do czasu, gdy jej rodzice postanowili mieć drugie dziecko. Nagle cały jej świat legł w gruzach. Nie mogła zrozumieć co takiego się stało, że ona przestała im wystarczać. Kiedy jej brat pojawił się na świecie, Catherine – z bycia „gwiazdką rodziny” – poszła w odstawkę. Szybko zrozumiała, że jej obecność nie ma znaczenia, że jest kimś nieważnym.

Wtedy, gdy była głośnym, bawiącym się dzieckiem, dającym upust swojej kreatywności i entuzjazmowi na wszelki możliwy sposób – była jednocześnie kimś niedobrym i nie chcianym. Przestała więc domagać się czegokolwiek i stała się bardzo cicha. Została tzw. „grzeczną” dziewczynką. W ten właśnie sposób tworzymy maski, które nosimy później również w dorosłym życiu. Nawet, kiedy teoretycznie nie są już one potrzebne.

***

Inny przykład. Duane wychowywał się w rodzinie razem z trzema siostrami. Ich ojciec był alkoholikiem, a Duane obiecał sobie na wczesnym etapie rozwoju, że nigdy, przenigdy nie będzie taki jak tata (jedyny znany mu wtedy obraz mężczyzny). Wyrastał więc na małego wybawcę i rycerza dam w swojej rodzinie. Chronił mamę i siostry przed ojcem tyranem. Taka była jego piękna, lśniąca maska, którą zakładał, byle tylko nie przyznać się, że jest synem swojego ojca.

rsz_heroZ biegiem lat ulepszamy nasze maski. Tu dodamy trochę brokatu, tam innych świecidełek. Może zdarzyć się tak, że po kilku latach już nie jesteśmy w stanie rozróżnić, co jest maską, a co naszą autentyczną osobowością.

Niestety maski mają pewien „mały” minus. Maski nie czują. Nic nie dostaje się przez nie do środka. Ani negatywne uczucia, ani te pozytywne. Mimo wszystko decydujemy się je nosić ze względu na obietnicę, że ochronią nas one przed kolejnym zranieniem.

Dlaczego boimy się miłości?

Nosząc maskę boimy się nie tylko porzucenia, ale również miłości. Żyjemy bowiem w przekonaniu, że każdy, kto nas pokocha, prędzej czy później odkryje całą tą „obrzydliwą” prawdę o nas samych.

rsz_couplekissingTu pojawia się kolejny paradoks. Chcemy za wszelką cenę znaleźć kogoś, kto w magiczny sposób, raz na zawsze, zaspokoi nasz głód miłości, a także wypełni pustkę, którą nosimy w sobie. A jednocześnie przeraźliwie się tego boimy. Najczęściej to dziewczynki karmi się w dzieciństwie bajkami z jednym typowym morałem – pewnego dnia po biedną sierotkę przyjedzie książę na białym koniu i zabierze ją do pięknego zamku. I będzie już zawsze szczęśliwa dzięki niemu.

Tego typu bajki często bierzemy ze sobą w dorosłość jako drogowskaz. Wiemy wreszcie czego szukać. Wydaje nam się, że wiemy.

Kiedy przybędzie mój książę, wszystko będzie dobrze

rsz_princesscastle

Tak właśnie często zaprogramowane są „duże dziewczynki” (chociaż nie jest to regułą). A duzi chłopcy? Szukają potwierdzenia swojego statusu. Kupują gadżety, gromadzą majątek, podbudowują swoją samoocenę, podrywając najbardziej atrakcyjną kobietę, by pochwalić się przed kolegami. Rywalizują ze sobą.

A co dzieje się dalej?

Spotykają się więc po raz pierwszy. Taka Catherine i taki Duane. Oraz ich maski. Jakby cztery osoby.

Prawdziwa ona niesie w sobie wiadomość: „Wiem, że jestem okropna. Nie dość ładna, nie dość fajna, nie dość inteligentna. Ale naprawdę potrzebuję jak powietrza żebyś mnie pokochał!” Taki desperacki komunikat, choć prawdziwy, oczywiście nie zostaje zwerbalizowany. Zamiast tego Catherine powie z wyuczoną pewnością siebie w głosie jak ma na imię i jak się cieszy, że może go poznać. Doda, że była zachwycona jak zrobił to czy tamto.

rsz_firstdateroseOn się z kolei ucieszy, że Catherine go docenia (była żona tego nie potrafiła) i zwierzy jej się ze smutnej przeszłości swojego ostatniego związku. Znajdą po drodze kilka łączących ich tematów do rozmów. I voila! Są umówieni na przyszłą sobotę na 18.00.

Czysta strategia. Rozmowa masek. Ona już wie, co mówić i jak się zachowywać, żeby zaskarbić sobie jego sympatię. On już wie jak żartować i jakie kwiaty kupić w sobotę, żeby była zadowolona.

A prawdziwe „ja” ich obojga? Samotne, zamknięte na cztery spusty w piwnicy. Ona – wystraszona, że się wyda, że wcale nie jest taka fajna. A on przerażony, że z biegiem czasu będzie zamieniał się w swojego ojca.

Tak czy siak wchodzą w ten układ. Dwóch masek. Może dojść nawet do takiej sytuacji, że on klęknie przed nią i wyzna jej jak to bardzo ją kocha i że jest najważniejsza na świecie. Ale prawdopodobnie i tak żadne z tych pięknych słów nie dotrze do jej środka, do serca. Dlaczego? Bo przecież maski są nieprzepuszczalne, odcinają nas od emocji i uczuć.

„Gdybyś wiedział kim ja jestem naprawdę, nigdy byś tego wszystkiego nie mówił.” – Tak myśli prawdziwa Catherine – samotna i w dalszym ciągu głodna miłości. Mimo, że facet jej marzeń właśnie wyznał jej miłość.

Jaki stąd wniosek? Za pomocą atrakcyjnej, błyszczącej, wypolerowanej maski możemy przyciągnąć do siebie partnera. Ale nigdy nie zdołamy go zatrzymać w ten sposób. Wyobraźcie sobie taką sytuację – Dwie maski leżą obok siebie w łóżku. A pod nimi dwie smutne osoby. Zupełnie jakby spali w zbroi. Tylko jak miłość miałaby się narodzić i kwitnąć w takich warunkach?

Hurra! Udało się! Jesteśmy parą!

Zmieniamy status na Facebooku na „w związku”, mieszkamy razem, i co dalej?

Pewnego razu on wraca do domu, spóźniony. „Miałeś być o 5, przygotowałam obiad.” I robi mu scenę. On tłumaczy się, że taka jest jego praca, jednocześnie atakując ją, że zrobiła się marudna. Ona kontynuuje: „Może nie byłabym taka marudna, gdybyś raz na jakiś czas był punktualnie na kolację.” Na co on odpowiada: „Może by mi zależało żeby być na tą cholerną kolację, gdybym wiedział, że cieszysz się, że wracam. Tylko oczekiwania i pretensje. Gdzie się podziała dawna Catherine?”. Dalej jest trzaśnięcie drzwiami, albo płacz, albo jedno i drugie. Czy tak musi być?

rsz_coupleargumentNa początku, gdy dwie maski spotykały się na chwilę, z pewnej odległości, wszystko było dobrze. A teraz? Gdy tych dwoje zbliża się do siebie coraz bardziej, coraz częściej zaczynają dotykać bolesnych strun i nie jest przyjemnie. Nagle jej zakopane głęboko przekonanie, że jest nieważna, zaczyna domagać się wyjścia na światło dziennie. Odczuwa ból, gdy on nie przyjeżdża punktualnie na kolację. Znowu czuje się nieważna. Jak wtedy w dzieciństwie. A on? Gdy słyszy, że ukochana kobieta na niego narzeka – boi się jak ognia, że zamienia się w swojego ojca tyrana. On nie chce tego czuć. Nagle coś, czego chciał uniknąć zaczyna się dziać. Jak samospełniająca się przepowiednia.

Naturalnym odruchem będzie teraz zrobienie sobie z „ukochanej osoby” wroga. Kogoś, kogo można obwinić, wytknąć palcem. „Gdyby nie on/ona to wszystko byłoby dobrze”. Dlaczego obwiniamy partnera? Żeby nie patrzeć na to, co jest „nie tak” w naszym zachowaniu. Przecież zbudowaliśmy takie mury, żeby uniknąć patrzenia w to miejsce!

rsz_anchorfingersMamy już zatem drugą warstwę „ochrony” przed bliskością i miłością. Pierwszą było noszenie maski. Drugi bastion to obwinianie. A często i poniżanie drugiej osoby, wytykanie jej błędów.

Jesteśmy więc w samym epicentrum naszego największego lęku. Zaczęły się kłótnie, obwinianie i krzyki albo ciche dni. Myślimy sobie: „O nie, to się dzieje znowu. Zaraz się wszystko zepsuje. Za chwilę mnie porzuci…”

Czy można jeszcze coś z tym zrobić? Można, a nawet trzeba (jeżeli nie chcemy przenosić starych schematów do kolejnego związku). O tym w części drugiej, którą znajdziesz pod tym linkiem. 🙂