Moje Camino

Podobno na Camino nikt nie trafia przypadkiem. Chyba coś w tym stwierdzeniu jest, bo niejednokrotnie miałam wrażenie, że ta „ścieżka” mnie wołała i po prostu musiałam pójść. I to w dodatku sama.

Właśnie zwolniłam się z pracy i pomyślałam, że to dobry moment by się na chwilę oderwać od zarwanych nocy czy podejmowania ważnych życiowych decyzji. I być może nabrać siły przed podjęciem kolejnych, które nieuchronnie czaiły się za rogiem. Chciałam też zwyczajnie odpocząć, pooddychać, pobyć na łonie natury z dala od tego co znane, rozszerzyć swoją strefę komfortu. Wyruszyłam więc w podróż. Dotarcie na miejsce zajęło mi prawie dobę. O 9 rano wystartował mój samolot z Gdańska do Madrytu, z przesiadką w Londynie. A stamtąd, po przeczekaniu kilku godzin na lotnisku, minutę przed północą, wsiadłam do autobusu, który miał mnie zawieźć z Madrytu do Ponferrady.

Była 5 rano kiedy trzeba było wziąć plecak i wysiąść.

A ja nie chciałam wysiadać, bo rzeczywistość nie zgadzała mi się z oczekiwaniami.

To znaczy po pierwsze było ciemno. A przecież w domu, czyli w Trójmieście, o godzinie piątej jest już jasno! Po drugie było 4-5 stopni na plusie. Jak to do cholery 5 stopni na plusie w połowie maja w Hiszpanii?! Tak zaczęło się moje Camino. Bałam się, nie wiedziałam gdzie przeczekać do świtu i w którą stronę się udać by w ogóle zacząć wędrówkę.

W którą stronę do Santiago?

Wysiadłszy z autobusu zobaczyłam parę Hiszpanów. Też mieli plecaki, tylko nieco mniejsze od mojego (mój wydawał mi się kolosalny), więc spytałam po angielsku, czy oni jakimś cudem być może też nie idą do Santiago. Szli. Szybko się jednak przekonałam, że moja płynna angielszczyzna przyda mi się tutaj jak rybie rower, więc szybko musiałam przestawić się na mój nie tak perfekcyjny hiszpański. Przez kolejne 5 dni wytężałam więc umysł, który wkrótce później (ku mojemu zdumieniu) przełączył się na hiszpański.

Aż do miejscowości Sarria, czyli przez nieco ponad połowę mojej drogi, szłam z Ines i Chema. Z jednej strony dawało mi to komfort, że nie muszę iść sama, a z drugiej miałam możliwość przekraczania swoich własnych progów, takich emocjonalnych. Zwłaszcza wtedy, gdy ich towarzystwo zaczęło mnie już męczyć i chciałam zwyczajnie odłączyć się od mojego trzyosobowego stadka, by iść dalej sama. Gdzie tam! Zapomnij! Dwa dni zajęło mi kombinowanie „jak by tu czmychnąć, by ich nie urazić”. Wtedy nauczyłam się swoich pierwszych ważnych lekcji.

Moje Camino
Moje Camino

Lekcje, których nauczyło mnie Camino

Drugiego dnia mieliśmy wybór – iść łatwą trasą, lub tak zwaną trasą camino duro („ciężka droga”). Oni – jak to zapaleni miłośnicy wycieczek górskich – wybrali opcję drugą. A ja nieświadoma swych czynów poszłam z nimi. Przez kolejne 25 km szłam pod górę, praktycznie bez przystanku, gdyż moi towarzysze przerwy nie potrzebowali, a mnie wstyd było się przyznać, że już nie mogę. Aż doszłam do swojej własnej granicy bólu fizycznego (kolano) i psychicznego (panika, że przestaję oddychać). Stanęłam i prawie się popłakałam. Chciałam tupać nogami żeby mi dali spokój i szli już dalej sami tym swoim porąbanym tempem! Nie poszli. Zostali ze mną. I towarzyszyli mi przez kolejne dwa czy trzy dni.

Nauczyłam się wtedy, że gdybym nie próbowała bohatersko dorównać innym, pewnie moje kolano byłoby sprawne do końca wędrówki. Dało mi to do myślenia, po przyjrzeniu się tej lekcji tak metaforycznie. „Kuku” robimy sobie wtedy gdy nie słuchamy siebie i gdy nie idziemy swoim własnym tempem w życiu.

Moje Camino
Moje Camino

Wiedziałam, że od miasteczka Sarria do przemierzenia mamy jeszcze tylko 100 km – odcinek, na którym podobno spotkać można już tłumy ludzi. A mnie zaczynało męczyć mordercze tempo i brak wolnej chwili. Potrzebowałam zwykłego przystanku by popatrzeć na widoki, zrobić jakieś zdjęcie, popisać coś, czy nawet pogadać z kimś innym niż dwójka moich kompanów. Nadal nie umiałam jednak postawić na swoim i zaprotestować. Ważniejsze było to, by ich nie urazić.

Na szczęście wkurzyłam się na siebie strasznie po przekroczeniu całej prawie Sarii. To był moment kulminacyjny. Pomyślałam, że przecież ja chciałam iść sama! Że będę wściekła na siebie jak się z nimi nie rozstanę, a ich to już chyba znienawidzę. Stanęłam na środku drogi i powiedziałam stanowczo, że ja wracam do miasta poszukać dla siebie noclegu. Dalej z nimi nie idę. Przełknęliśmy wszyscy ślinę na znak jakiegoś jakby rozejmu, po czym się rozpłakałam a Ines zrobiła to samo. Choć nie chciałam iść już dalej z nimi, to jak widać parę dni na Camino wystarczyło by się z nimi zżyć.

Popłakałam i mi przeszło. Zrozumiałam wtedy kolejną rzecz. Ines nie chciała mnie zostawiać z troski. Mimo, że jej facet się wkurzał na moje ślimacze tempo. Było mi z tym niewygodnie, miałam poczucie winy, a ona mimo wszystko nie chciała się ze mną rozstawać.

Tak sobie pomyślałam – jakim „wrzodem na tyłku” może być człowiek, który – mimo dobrych intencji – chce zaoferować pomoc komuś, kto o nią nie prosi. Wbrew woli. To tak jakby wiedzieć lepiej co jest dla drugiej osoby dobre.

Raptem zobaczyłam ile razy to ja byłam po tej drugiej stronie, próbując komuś na siłę pomagać.

Jaki ciężar dźwigasz na plecach?

Przez kolejne dwa dni szłam sama i było mi z tym cudnie.

Moje Camino
Moje Camino

Nie opowiedziałam Wam jeszcze o plecaku, który cały ten czas targałam na plecach. Ważył około 9-10 kg, choć podobno jego ciężar nie powinien przekraczać 10% wagi jego nosiciela, czyli w tym wypadku mnie – człowieka o masie całkowitej 53 kilo. W ogóle to buty trekkingowe, plecaki i śpiwory to kompletnie nie moje klimaty, więc skąd mogłam wiedzieć, że nie bierze się 14 koszulek na każdy dzień po jednej, tylko 3 sztuki, które się potem regularnie pierze. Podobnie skarpetki i bieliznę. Ale szybko nauczyłam się tej i lekcji. Poszukałam urzędu pocztowego w jednym z miasteczek i wysłałam do domu do Polski 2 kilo swoich t-shirtów. Od tego momentu było trochę jakby lżej.

Nauczyłam się wtedy, że nic się nie stanie jak nie będę codziennie miała innego zestawu ciuchów. A tym bardziej korona mi z głowy nie spadnie jak każdego dnia nie umyję włosów. I to też jest przeżywalne!

Później poznałam grupę Brazylijczyków, Niemców i Amerykanów. Pamiętam żywą dysputę na temat plecaków właśnie. Ich oburzenie na to, jak mijały nas wypachnione paniusie z malutkimi plecaczkami albo z torebusiami, podczas gdy ich ciężkie bagaże wiezione były przez taksówkę (bo na tych ostatnich odcinkach Camino taka usługa jest dostępna). Jak oni się wkurzali widząc te panie! Bo niby bez targania plecaka samemu to nie jest Camino, ponieważ na tym właśnie rzecz polega, że trzeba poczuć jaki ciężar niesie się na plecach (metaforycznie) zanim będzie można go zostawić w Santiago i rozprostować kości. Kurcze, coś w tym jest – pomyślałam. A Camino w mini spódniczce i bez plecaka to raczej spacerek.

Ja w świecie, świat we mnie

Najcenniejsze lekcje zostawiłam na koniec.

Gdy już szłam sobie sama, po rozstaniu z moją hiszpańską parą, miałam momenty, że czułam się bardzo samotna, tęskniłam za domem, za swoim kątem w świecie, za ludźmi, których kocham. A gdy tak dopuściłam tą samotność do siebie i dałam jej chwilę w sobie „pomieszkać”, ogarnęło mnie nagle takie błogie uczucie, że ja wcale nie jestem sama; że jestem jakoś połączona z tym wszystkim dookoła, z roślinami, przyrodą i wszystkimi ludźmi.

Potem wyciągałam z tego nowe dla siebie wnioski – Skoro wszyscy jesteśmy jakoś „magicznie” połączeni, to gdy będę robić coś dobrego dla siebie – będzie to też z korzyścią dla innych. I na odwrót. Moje pierwsze wielkie „wow”. I nie było to żadne puste przemyślenie intelektualne, tylko prawdziwe wewnętrzne odkrycie.

A kolejny wielki przebłysk nie był taki nagły. On raczej dojrzewał we mnie wraz z drogą i krokami, jakie przemierzałam na Camino. Rozstanie z Chema i Ines; spotkania Brazylijczyków, potem ich zniknięcie; kilkukrotne spotkanie pewnej dziewczyny z Kanady – za każdym razem tylko na chwilkę, oraz spotkanie wielu innych osób sprawiło, że zrozumiałam coś bardzo cennego.

A mianowicie, że ludzie będą przychodzić i odchodzić z mojego życia, tak jak podchodzili i zostawiali mnie (albo ja ich) na Camino. Niektórzy byli ze mną na moment, z innymi nasze wędrówki przeplatały się od czasu do czasu, a jeszcze inni dzielili ze mną drogę dosyć długo. Życie podobnie – pisze różne scenariusze. Nie wiem z kim złączy mnie los i na jak długo. Nie mogę przewidzieć ile potrwa przyjaźń, związek czy relacja – dlatego tak ważne jest by każdą z nich doceniać póki jest. Ludzie będą przychodzić i będą odchodzić. Ale jedyną osobą, która będzie mi zawsze towarzyszyła podczas mojej wędrówki będę ja sama. Więc to właśnie w tą relację warto inwestować najmocniej.

Moje Camino
Moje Camino

Z czym wróciłam z Santiago?

Uwieńczeniem całej tej hiszpańskiej wędrówki była msza w katedrze w Santiago. A dla mnie osobiście były to zwłaszcza słowa księdza na kazaniu dla pielgrzymów – mniej więcej takiej treści:

Możesz mieć w życiu różne plany i projekty. Ale nie zapominaj, że jest też większy plan na Twoje życie, na który do końca nie masz wpływu. Ja nazwę to Bogiem,  Ty możesz nazwać przeznaczeniem albo jeszcze inaczej.

Te słowa, ilekroć sobie je przypomnę, pokazują mi, że nie wszystko w życiu zależy ode mnie i że nie wszystko zdobędę siłą woli i uporem tylko dlatego, że „ja tak chcę”. Czasem trzeba odpuścić, wyluzować i pozwolić by podeszło do nas to, co ma podejść. Nie ma co za bardzo fiksować się uparcie z morderczym wysiłkiem, jeśli coś ewidentnie w naszym życiu nie działa. Trzeba też czasami pozwolić niektórym rzeczom odejść.

Paradoksalnie, wróciłam też z takim silnym wewnętrznym przekonaniem i wiarą, że sama mam jednak też dużą sprawczość, pomimo tego, że jest ten wielki odgórny plan na moje życie.

Wracałam więc do domu z myślą, że wszystko będzie dobrze, rozgrzebane sprawy znajdą swoje rozwiązania, a na końcu wszystko się jakoś ułoży. A skoro jeszcze się do tej pory nie ułożyło, to znaczy że to jeszcze nie koniec.

 

PS. Buen Camino!