O małym lisku, co chciał wszystko wiedzieć

Mały Lisek znany był w lesie z tego, że miał największą bibliotekę po tej stronie rzeki. Z roku na rok musiał sprawiać sobie coraz grubsze okularki, bo niewiele już widział. Taki był z niego mól książkowy.

Wściekał się na swoją koleżankę Lisię, która z kolei książki traktowała praktycznie. A to robiła z nich stolik do kawy, a to podnóżek, a nawet podpórkę pod uchylone drzwi od balkonu…

Byli inni pod wieloma względami.

 

Lisek musiał wszystko wiedzieć. Dlatego czytał. Pewnego razu wyczytał w jednej z ksiąg, że chodzenie na czterech łapach dawno już wyszło z mody w innych krainach. Dlatego – aby żyć w zgodzie z duchem czasu – trzeba chodzić na dwóch łapach. Zaś chodzenie na czterech w dzisiejszych czasach uwłacza lisiej godności.

Tresował więc swoją przyjaciółkę na każdym spotkaniu. A wściekły był przy tym co nie miara!

Jak można być tak nieokrzesanym, niedzisiejszym!?

Był zrozpaczony, że ona nie chce dorównać mu kroku. Kroku na dwóch łapach. Pewnego razu pokłócili się i rozstali na jakiś czas…

***

Aż w końcu mała Lisia zatęskniła za swoim kolegą i postanowiła przez cały kolejny dzień chodzić na dwóch łapach. Żeby był z niej wreszcie zadowolony. Chwiała się przy tym co nie miara. Łapy bolały, a nienaturalnie wygięty kręgosłup powodował problemy z równowagą. Mimo to Lisia trzymała się pionu, zupełnie jak w wojsku.

Z kolei Lisek przyglądał się temu z boku, kątem oka ze swej norki. Błędem byłoby jednak stwierdzić, że jego mina wyrażała radość…

Nie było mu wcale wesoło. Co więcej, czuł się jakoś nieswojo.

Nie wiedział teraz o czym rozmawiać z Lisią, kiedy już ona sama przekonała się do jego sposobu chodzenia. Nie musiał teraz nikogo do niczego przekonywać. Co miał więc ze sobą począć?

Łza spłynęła po lisim policzku… Wybiegł tak szybko, jak tylko się da ze swojej norki. Tak szybko, żeby nikt go nie zauważył w takim stanie.

***

Dobiegł wreszcie do brzegu rzeki, spojrzał w taflę wody i zdał sobie sprawę, że całą tą drogę przebył na czterech łapach, a nie na dwóch.

Gdy jego wzrok spotkał się ze swoim odbiciem w wodzie, Lisek zrozumiał, że jest tylko zwykłym Liskiem, takim jak inne Liski. Zdał sobie sprawę, że tak bardzo zajęty był czytaniem o tym jak powinno być, a potem wcielaniem tego w życie, że kompletnie nie widział jak to jest naprawdę.

Jeszcze trudno mu było pojąć, że jego Lisia może mieć swoje własne zainteresowania i potrzeby. Ale jednego był pewien – bardzo ją kochał i nie chciał jej zmieniać. Chciał, by była szczęśliwa. Ta trudna lekcja spowodowała, że zrobiło mu się troszkę smutno…

Nie znał dotąd innego sposobu na życie niż kontrolowanie, analizowanie i wpasowywanie siebie lub innych w jakieś role. Jak to będzie dalej? –pomyślał zdezorientowany.

***

Nagle zerwał się silny wiatr, który rozsiał liście wierzby w wirujący dookoła lasu taniec. Liście ułożyły się w kształt jakiejś tajemniczej postaci. Lisek przestraszył się.

Wtem postać przemówiła.

– „Jestem Duchem Lasu. Nie bój się Lisku. Mieszkam tutaj od lat i opiekuję się wszystkimi stworzeniami. Zarówno po tej stronie rzeki, jak i po drugiej. Przychodzę Ci powiedzieć, że nie ma czego się bać, bo tak naprawdę nie można stracić niczego ani nikogo, co jest prawdziwe i co kocha się całym sercem.”

…Lisek tylko patrzył jak osłupiały, a Duch Lasu kontynuował…

– „Pozwól swoim wyobrażeniom i iluzjom odejść od Ciebie, żebyś zobaczył co jest prawdziwe.”

***

– „A co jest prawdziwe?” – Zapytał Lisek.

– To, że nie ma potrzeby walczyć o coś, co już od dawna jest w tobie. Byłaby to zabawa w gonienie własnego ogona. Wydaje ci się, że nie złapiesz go nigdy, a tak naprawdę to ten ogon jest częścią ciebie. Więc po co go łapać?

– Uczysz się o życiu i próbujesz je kontrolować. Nie rozumiejąc, że życie to ty.

– Uczysz się o miłości i próbujesz ją zdobyć. Nie widząc, że miłość jest twoją własną naturą.

– Studiujesz książki i wiesz już wszystko o różnych zabawach. Tylko, że w teorii… Bo istotą zabawy jest spontaniczność i swoboda w wyrażaniu siebie.

Lisek wziął głęboki oddech, przełknął ślinę i po chwili zrobiło mu się jakoś tak lekko. Poczuł olbrzymią ulgę, jakby ktoś zdjął z niego cały ten ciężar, który nosił na swoich zmęczonych dwóch łapach.

***

Ale cóż to? Gdzie jest nasz Lisek? Rozpłynął się? Zniknął?

Nie, pobiegł zwariowanym pędem do swojej lisiej osady. Chciał sprawdzić jak to jest tam mieszkać bez spinania i kontroli. Pobiegł do Lisi, żeby zobaczyć co to znaczy bawić się z prawdziwym przyjacielem. Tyle jeszcze było przed nim do odkrycia, posmakowania, doświadczenia! Ach!

A Duch Lasu uśmiechnął się na chwilę pod nosem, po czym zmienił się na powrót w dywan leżących tam (niby przypadkowo) liści…