Open’er, czyli Otwier’acz Festiwal 2015

Wybierałam się na tego Opener’a jak sójka za morze. Dobrych lat kilka. Ale w tym roku wreszcie jakimś cudem wypaliło. Kupiliśmy bilety na dwa dni, piątek i sobotę, 3 i 4 lipca, bo najbardziej nam zależało żeby zobaczyć Mumford & Sons, Hoziera, Kasabian, no i może Prodigy, bo czemu nie, prawda? Moje wrażenia przedstawiam w dzisiejszym wpisie, razem z paroma obrazkami i wątkiem muzycznym na deser.

Open'er
Open’er

Ale najpierw ludzie:

Ludzie Open’era. Jak na moje oko – wszechobecny lans wystylizowanej młodzieży, która w niektórych przypadkach – mam wrażenie – znalazła się tam dlatego, że trzeba się pokazać i być kul (i nie chodzi bynajmniej o katolicki uniwersytet lubelski). Dziewczęta z wiankami we włosach i chłopięta, co drugi z brodą i kitkiem na czubku głowy. Niczym zlot drwali i rusałek.

Miejsce:

Moje pierwsze wrażenie pachniało miasteczkiem rodem z dzikiego zachodu. Brakowało tylko saloonu i Lucky Lucka. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszechobecne namioty i piękny zachód słońca w tle. W miarę spacerowania, ten dziki zachód zaczął pokazywać swoje drugie, nowoczesne, oblicze. Idziesz – pierwsza scena, ok. Patrzysz – druga i trzecia – też super. Idziesz dalej, a tam pokaz mody, za chwilę designerskie butiki z ciuchami, kino i – jakby tego było mało – to jeszcze teatr. W głowie się nie mieści.

Żarcie:

Food trucki, zapieksy, golonka z rusztu, tajskie jedzenie, a nawet sushi. Jednym słowem – wszystko.

Ceny:

4 ziko to równowartość jednego bonu – open’erowej waluty. I tak – 4 ziko kosztuje redbull, 8 zeta piwo. 20 zeta pizza z foodtruckowego pieca. Czyli – reasumując – najdroższe z tego wszystkiego były bilety wymieniane na kultowe opaski, którymi można szpanować jeszcze długo po imprezie. Bo kto bogatemu zabroni?

Zaplecze sanitarne:

Czyli nic innego jak wucety. W ilości wystarczającej, by nie trzeba było zbyt długo czekać w kolejce. Czyli spoko. Ale! Ale! Dwie czy cztery umywalki na jakieś 60 toj tojów to ciut za mało. Taka moja skromna opinia.

Pogoda:

Bez zastrzeżeń. Żar tropików lał się z nieba, więc kalosze, które ponoć zazwyczaj znikają z gdyńskich sklepów podczas Open’era jak bułki z Lidla, tym razem zostały na półkach. To już chyba kolejna moda open’erowa, że zawsze podczas koncertów pada. Tym razem natomiast było oryginalnie, bo 30 stopni i zero chmur.

Open'er
Open’er

Zagadka Open’era:

Gdzie jest Jarek? Nie wiem czy tak jest co roku, ale tym razem kultowym i najczęściej wymawianym imieniem był niejaki „Jarek”, którego wszyscy szukali wykrzykując jego imię. Miało to nawet swój urok. Jaaaaaaaaaaaaaaaa-reeeeeeeeeeeek! Także ten… Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

No i muza:

Jak dla mnie to Mumford and Sons i Kasabian były najbardziej kul. Prodigy mi się nie podobało, ale przecież mogę się tam nie znać.

Żeby poczuć choćby w niewielkim stopniu opener’owe klimaty, dołączam też filmik wykonany komórką. Nagrany podczas koncertu Mumford & Sons, gdy śpiewali „I will wait”.