Właściwe Miejsce

Siedział na czubku lodowatej góry i podpierał dłonią policzek. Patrzył w dół, na świat, tam gdzie byli zwykli ludzie. Karuzela z roześmianymi dziećmi, pary na spacerach w parku, przejeżdżające samochody. Każdy miał jakiś cel, tam na dole.

Natomiast on siedział i nie rozumiał. Po co to wszystko, te karuzele, te spacery po parku, te zmierzające gdzieś auta? Jaki to ma sens? Toż to czysta głupota. Ci ludzie są jak we śnie.

… A jednak coś go do tego snu ciągnęło. Jakaś tęsknota. Też chciałby tak normalnie, tak zwyczajnie po ludzku, ucieszyć się z czegoś jak głupi, zasmucić z jakiegoś powodu, dać się potem pocieszyć, i wstać kolejnego ranka do nowego snu.

Ale nie mógł tak. Nie potrafił. Widział te wszystkie niezliczone opcje. Te różne scenariusze. I który niby miałby wybrać? Zostać piekarzem? Żołnierzem? Tancerzem? Przecież to życie jest zbyt krótkie, żeby poświęcić je na taką jedną iluzję, nawet nie próbując pozostałych opcji. Tak więc nie ryzykował żadnej.

* ILUZJE *

„Dopóki nie dowiem się, która z tych iluzji jest na pewno moja, nie zejdę na dół, nie zaryzykuję!” – powtarzał sobie w myślach i to go uspakajało. Za chwilę jednak pojawiała się kolejna myśl, tym razem nękająca: „Tracisz czas! Jest później niż ci się wydaje! Wybierz w końcu!”. Jego ciało było bardzo spięte, a lodowata góra zaczynała teraz wirować. Jak ta karuzela z dziećmi, tylko sto razy szybciej.

W tym wirze zapominał o swojej beznadziejnej sytuacji. Rozładowywał w ten sposób intensywne fale lęku, przeszywającego strachu, dobijającego smutku, złości i niezrozumienia. Pozwalał sobie na parę łez i zasypiał. Z wielkim planem na jutro, że jutro będzie już lepiej, bardziej pozytywnie, że znajdzie rozwiązanie. Ale w duszy wiedząc, że znowu sam siebie oszukuje.

Śnił o kluczu. Którym otwiera się jakieś nowe drzwi do zupełnie innego świata. Świata poza jego lodowatą górą, a także poza tym wszystkim co było na dole, tymi parkami, karuzelami, samochodami. Przyśniło mu się miejsce, które na zewnątrz być może wcale nie było inne od lodowatej góry, od parków, karuzel i samochodów. Miejsce to było wręcz bliźniaczo podobne. A jednak bardzo różne od niego…

Można tam było swobodnie poczuć, że wszystko się jakoś składa w całość. Jest harmonia zamiast wiru. Pewność zamiast rozdarcia. Jest jakiś taki porządek w tym wszystkim oraz ufność, że jest się we właściwym miejscu. Rozmowy z ludźmi mają sens. I siedzenie na czubku góry również ma sens. Za takim światem tęsknił.

* WŁAŚCIWE MIEJSCE *

Obudził się następnego ranka i coś uwierało go w pierś. Pod koszulą miał zawieszony na zwykłym szarym sznurku klucz, który zwisał gdzieś na wysokości serca. Zdał sobie sprawę, że to ten sam klucz, który śnił mu się tej nocy. Że zawsze tam był. Tylko on przez te wszystkie lata pukał i dobijał się do niewłaściwych drzwi.

Po jakimś czasie zrozumiał jeszcze jedno: Właściwe drzwi nie istnieją. Jest tylko ten klucz. A to, że nie pasuje do żadnego zamka, ma przypominać nam o tym, że nie trzeba wcale szukać żadnych drzwi. Zawsze jesteśmy, byliśmy i będziemy wewnątrz. Nie ma potrzeby się nigdzie dobijać i pukać od środka. Od samego początku jesteśmy na miejscu. Jedynym właściwym.