Dlaczego sens życia ma sens?

Ten tekst nie powstał podczas jednego “posiedzenia”. Pisałam go dosyć długo, na początku wyłącznie na własny użytek. Temat związany z sensem życia, jego celem, kierunkiem, wszystkimi tymi dużymi pytaniami zaczynającymi się od “Po co…” prześladował mnie dosłownie przez parę dobrych tygodni. Co rusz potykałam się w internecie o jakieś artykuły, wpisy, wzmianki. W pewnym momencie postanowiłam zebrać to wszystko do kupy, może jakoś połączyć, poukładać na papierze i przy okazji też w głowie.

Efektem moich małych prywatnych poszukiwań jest między innymi ten artykuł. A skutkiem ubocznym – jak się później okazało – była decyzja o odejściu z pracy i jeszcze parę innych mniejszych postanowień. Podobno nic na świecie nie dzieje się bez przyczyny…

Dwie różne historie

„Cześć, nazywam się John i zmarnowałem całe swoje życie.” Tak zaczyna się historia, która wydarzyła się naprawdę. 46 letni bankier z Australii o imieniu John opublikował jakiś czas temu tak zaczynający się wpis na jednym z serwisów internetowych. Tak bardzo poruszyła mnie ta historia, że przetłumaczyłam ją w całości na język polski i możecie przeczytać ją tutaj. A oto niewielki fragment jego przejmującej wypowiedzi: „Dziś dowiedziałem się, że moja żona zdradzała mnie przez ostatnie 10 lat. Mój syn nie ma do mnie żadnych uczuć. Zdałem sobie sprawę, że nie było mnie na pogrzebie mojego ojca właściwie z ŻADNEGO SENSOWNEGO POWODU. Nie dokończyłem pisać swojej powieści podróżując po świecie, pomagając bezdomnym osobom. Wszystkie te rzeczy brałem za pewnik myśląc o sobie w przyszłości kiedy byłem nastolatkiem. Gdyby tamta młodsza wersja mnie spotkała mnie z dzisiaj, dostałbym w twarz.”

Tuż po przeczytaniu tego wyznania, dosłownie parę dni później, natknęłam się na wiadomość o śmierci Sama Simona, człowieka, który był jednym z ważniejszych postaci w organizacji o nazwie PETA, zajmującej się dbaniem o szeroko pojęte prawa zwierząt (często poprzez ratowanie bezbronnych zwierząt przed okrucieństwem człowieka).

Przy okazji nagłośnienia tego smutnego zdarzenia w mediach dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, że Sam zasłynął także jako współtwórca kreskówki “The Simpsons”. Wrażliwy, empatyczny, kreatywny, z mega poczuciem humoru i wielkim sercem – tak można by go opisać na bazie tylko tych kilku informacji na jego temat.

„Myślę, że zmarł z uśmiechem na ustach, wiedząc, że jego słonie wreszcie wydostają się z cyrku (…) – było to coś o czym marzył i o czym mówił cały czas.” – powiedziała Ingrid Newkirk na jego pogrzebie. Nie dość, że facet miał w życiu cel jakim była pomoc bezbronnym czworonogom, to jeszcze wymyślił Barta Simpsona – jedną z kultowych postaci z kreskówek. Czy ktoś taki mógłby napisać „Cześć, mam na imię Sam i zmarnowałem swoje życie”?

Ale dlaczego o tym wszystkim piszę?

Przedstawiłam właśnie dwie historie. Obie prawdziwe, choć kompletnie różne. Dwa życia warte dokładnie tyle samo. Bo przychodzimy tu przecież z niczym, z takim samym „pakietem startowym”. Pomijam tu celowo sprawy zewnętrzne takie jak rodzina, zamożność i miejsce zamieszkania. Mam na myśli nasze marzenia, sam potencjał, który w nas drzemie i to, co z nim robimy.

Be happy, don’t worry, lecz memento mori

Czasu mamy mniej więcej tyle samo. Jakieś kilkadziesiąt lat do przeżycia. To, że zapominamy o swojej śmiertelności, że kiedyś przyjdzie nam umrzeć powoduje, że godzimy się na puste życie pozbawione sensu. Zaprzeczanie śmierci, życie w złudzeniu, że będziemy żyć wiecznie powoduje, że tak łatwo udaje nam się odkładać ważne rzeczy „na później”, jak mówi Elisabeth Kubler Ross.

To jeden z paradoksów życia. Pamiętając o śmierci – żyjemy pełniej.

A z drugiej strony gdy już udaje nam się odkryć sens naszego życia, nadać mu niejako znaczenie i kierunek, to nagle śmierć przestaje tak bardzo przerażać, staje się czymś naturalnym. Nie jest już złem, którego trzeba uniknąć.

Viktor Frankl, psychiatra i były więzień obozów koncentracyjnych, doszedł do pewnego cennego wniosku na podstawie obserwacji z życia w horrorze, jakiego przyszło mu doświadczać: Kiedy już odkryjesz swój sens w życiu, nadasz mu znaczenie – przetrwasz właściwie wszystko.

Wiadomo dziś, że te osoby, które charakteryzowały się zdrowiem fizycznym wcale nie wytrzymywały najdłużej w obozach zagłady. To nie siła w ciele decydowała o tym ile kto przetrwał, ale siła umysłu i ducha, oraz wiara w to, że po wyjściu czeka na nas inne życie. Sama taka nadzieja w lepszą przyszłość powodowała, że trwanie w chwili obecnej, nacechowanej bólem i cierpieniem nabierało znaczenia. Pojawiała się chęć przetrwania. Jeszcze jeden tydzień, dzień, jeszcze chwilę. Nie tyle ważne było pytanie „Jak?”. Liczyło się „Po co?”. A to tylko może utwierdzać nas w przekonaniu, że od warunków zewnętrznych ważniejsza jest nasza postawa i sposób patrzenia na to, co nam się przytrafia. Inaczej mówiąc – nasze nastawienie. Bo chociaż można człowieka siłą zamknąć w najgorszym więzieniu, to jednak wolności nikt nie jest w stanie nam odebrać. Wolności wyboru naszej postawy wobec tego, co nam się przydarza.

Zachować umysł początkującego

Twój czas jest ograniczony – mawiał Steve Jobs. Stay hungry, stay foolish, don’t settle – to jego słynne nawołanie do tego by cały czas zachowywać umysł początkującego – kogoś, kto pragnie uczyć się i doświadczać – czego zaprzeczeniem jest stanie w miejscu – takim pozornie bezpiecznym znanym światku. Piszę „pozornie” bezpiecznym bo czyż może być coś bardziej niebezpiecznego niż życie w zamkniętych czterech ścianach, ze strachu przed wyjściem na ulicę, na wszelki wypadek żeby nam się nic nie stało? To chyba szaleństwo znacznie większe niż niejeden sport ekstremalny.

A czego ludzie żałują gdy dowiadują się, że zostało im kilka tygodni czy miesięcy? Internet obiegł parę lat temu artykuł napisany na podstawie zwierzeń pewnej pielęgniarki, która zadawała to pytanie swoim podopiecznym. Czego zazwyczaj żałują ludzie na łożu śmierci? Po pierwsze – żałują, że nie mieli odwagi żyć po swojemu, tylko cały czas spełniali oczekiwania innych. Po drugie – żałują, że większość swojego życia poświęcili pracy. Po trzecie – żałują, że nie mieli odwagi wyrazić swoich uczuć. Po czwarte – żałują, że nie mieli wystarczająco dużo czasu dla przyjaciół. I wreszcie – żałują, że nie pozwolili sobie na bycie szczęśliwymi. To przerażające, ale możemy z tego ostatniego punktu wyciągnąć wniosek, że ludzie dopiero u schyłku swojego życia zaczynają rozumieć, że szczęście tak naprawdę zależy od nich samych, od decyzji czy chcą być szczęśliwi i czy sobie na to pozwolą.

Wyobraź sobie, że dziś jest Twój ostatni dzień. Czego żałujesz? Jakie słowa nie padły z Twoich ust choć powinny? Jaki gest lub czyn sprawiłby, że w ostatniej minucie życia na Twoich ustach pojawi się spokojny uśmiech spełnionego człowieka?

Pan z brodą o sensie życia

Niektórzy mówią, że sensem naszego życia jest znalezienie swojego „daru”. A celem życia jest dzielenie się nim z innymi. No dobra, ładnie powiedziane, tylko jak tego dokonać? Łatwo się komuś radzi i rzuca na wiatr mądre frazesy.

Wczoraj przeleciała mi przed oczami reklama jakiejś gazety. Na okładce był pan z brodą, a pod spodem napis w stylu „Możesz być kim chcesz” a niżej dopisek „Ale najpierw spróbuj wszystkiego”. Spodobało mi się. Odniosłam wrażenie, że te dwa zdania z bilbordu zdejmują z barków całą tą presję, że już, że teraz, że zaraz trzeba znaleźć sens w życiu.

A właśnie, że nic nie trzeba. Można.

Jeszcze inną mądrą rzecz powiedziała kiedyś pewna prelegentka, której wykładu słuchałam. Skupiła się na tym, że wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o sobie to „dokąd zmierzamy”. Innymi słowy nie tyle liczy się cel, co kierunek. Bo ilekroć obierzemy sobie coś za cel, zaistnieje ryzyko, że będziemy ślepo podążać tylko za tym, nie zauważając po drodze różnych cennych rzeczy, które nas spotkają. To naturalne, że cel może się samoistnie po chwili zmienić w inny. Ważne jest tylko by wiedzieć jakimi wartościami się kierujemy i z czego za żadne skarby nie zrezygnujemy.

Sposobów na zrobienie czegoś, na zrealizowanie marzeń, jest mnóstwo. Wybieram więc drogę –  idę albo w prawo albo w lewo, albo na północ albo południe, albo tam gdzie pokazuje mój palec wskazujący. Ale wiem po co idę. A dojść mogę na czworaka, w pojedynkę, a chwilami mnie może nawet podwiozą autostopem.

Nadanie kierunku to już połowa sukcesu. Natomiast dalej jest działanie. John, wspomniany na samym wstępie bankier z Australii, marzył o napisaniu książki i podróżach, a poszedł w stronę rutynowej roboty i braku czasu dla rodziny.

A Ty? Dokąd idziesz?