Każdy wybiera sam

Maryśka miała różne skojarzenia na temat domu i rodziny. Nie tam, że zaraz była z jakiejś głębokiej patologii, ale do ciepła i okazywania sobie miłości było raczej daleko i czasem wiało chłodem. Tak było kiedyś.

Tata był drobnym pijaczkiem, raczej prostym chłopem, który co rusz przeklinał, a za ironicznym poczuciem humoru chował kupę wstydu i żalu. Natomiast niskie poczucie własnej wartości wystawało mu słomą z butów przy każdym świńskim żarcie. Mama za to chyba już sama nie pamiętała kim jest – tak bardzo pogubiła się w swoich kłamstwach i krętactwach. Grunt, by do kościoła na niedziele założyć nową wykrochmaloną koszulę i by było dużo jedzenia na stole, zwłaszcza wtedy gdy przychodzą goście. A jak coś (nie daj Boże) niewygodnego się działo – wtedy Mama Maryśki  uciekała w jakiś swój dziwny stan omamów, w których jakby dostawała obuchem w głowę. Tak mocno, że traciła wzrok i słuch. I nic już nie widziała. Nawet tego, że od trzech lat ginie jedzenie z lodówki w ilościach hurtowych, zaś jej córka wymiotuje trzy razy dziennie po każdym posiłku. Ale w tej rodzinie trzeba było być Einsteinem aby oba te fakty ze sobą połączyć. Ot taka zwykła polska familia.

Rozdział z życia Maryśki wydawałoby się – zamknięty.

***

Marysia dorasta. Ma lat piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści. Niby marzy o tym, co każda dziewczyna w jej wieku. O fajnej pracy, o domu, o własnej rodzinie. Takie tam zwykłe sprawy, nic specjalnego. Nie tam wyjazdy na Hawaje, czy zostanie Miss Świata. Nie. Takie przyziemne.

Ale nic jej cholera nie idzie. Bo niby chce czegoś, a jak to już zdobędzie to stwierdza, że może jednak to nie to. I tak w kółko. Chce tego domu i nie chce go jednocześnie tak samo mocno. Kocha tego faceta i z jednakowo mocnym uczuciem szczerze go nienawidzi.

Jakby dwie siły targały nią w przeciwne strony. Ta świadoma szepcze do ucha – tak, chcę domu, normalnej kochającej się rodziny, zwyczajnego życia. A ta nieświadoma cały czas po uszy siedząca jeszcze w domu rodzinnym krzyczy – uciekaj! Dom to kłamstwo, niesprawiedliwość, zawstydzanie, krzyk, płacz i zgrzytanie zębów.

Tak więc nasza panna słucha raz tego a raz tamtego głosu i nie mogąc dojść do jakichś sensownych wniosków stwierdza, że pierdzieli to wszystko i że najlepiej żyje się w samotności bo wtedy nie ma tych wszystkich niepotrzebnych zawirowań. Człowiek wstaje rano, robi sobie kawę i kanapkę z serem, idzie do pracy, jakiegoś psa jak ma to pogłaska, film obejrzy i idzie spać.

***

Tak trochę jak z wzięciem antybiotyku – niby „cudowny lek” na ciężkie choroby, ale zabija i te złe bakterie i te dobre niestety też. Z emocjami jest podobnie. Można się odciąć od tych niefajnych, zamrozić lęk i smutek, ale wtedy jak chcesz się uśmiechnąć to musisz sztucznie wykrzywić kąciki ust do góry na wzór czegoś co w dzieciństwie było oznaką radości. Można połknąć pigułkę o nazwie „bloker emocji” i faktycznie nie czuć niczego negatywnego co z tym związane. Ale jednocześnie zgaśnie w nas witalność, siła i zdolność do tworzenia jakichkolwiek bliskich związków. Ot bilans zysków i strat. Każdy wybiera sam.