Na piechotę w imieniu zwierząt

“Po co jedziesz do tej Warszawy? Na jakieś marsze? Co ty znowu wymyśliłaś? Przecież to i tak nic nie da! I tak dojdzie do tej brutalnej rzezi psów i kotów w Chinach.”

“Wiem, że dojdzie. – odparłam.” Nie jestem przecież tak naiwna żeby wierzyć, że garstka protestujących jednorazowo pod ambasadą Chin w Warszawie nagle przekona władze chińskie, żeby raz na zawsze zabronili stosowania tortur w Yulin. Tortur, które są dla wielu źródłem nieopisanej frajdy (pewnie stad nazwa „festiwal”), źródłem wielkich pieniędzy (mięso, skóry) i przede wszystkim – tak zwaną „tradycją” pewnej grupy chińskiego społeczeństwa (bo wiadomo, że nie wszyscy to popierają). Tylko co to za tradycja, która zaczęła się w 2009 roku?

***

Mówi się, że są w życiu rzeczy, które warto robić i rzeczy, które się robić opłaca. Z tym, że nie zawsze to, co warto – jednocześnie się opłaca, oraz nie zawsze to, co się opłaca – warto. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Po raz kolejny przekonałam się o jego słuszności.

18 czerwca 2016.

Jest piękny, prawie już letni sobotni poranek. Świeci słońce i aż się prosi, żeby spędzić ten dzień na plaży, skoro już mam to szczęście, że mieszkam w Trójmieście. Jednak zdecydowałam inaczej. Na plażę jeszcze zdążę pójść. Też tak macie, że czasami jest w Was taki silny, choć cichy głos, który każe zrobić coś – na pierwszy rzut oka – naiwnego lub nieracjonalnego? Jak na przykład wstać w sobotę o 5 rano i kupić bilet na pociąg za 300 złotych w tą i z powrotem do Warszawy, tylko po to żeby pobyć tam parę godzin? Kompletnie przecież nieopłacalne!

Ale w głębi serca wiem, że było warto. Mimo, że ten jeden protest przeciwko Yulin jest tylko kroplą w morzu i sam w sobie nie zmieni nagle chińskiej rzeczywistości. Warto, pomimo, że nic by się nie stało gdybym sobie w tą sobotę pospała dłużej i została w Gdańsku. Nikt nie odnotowałby braku jednej osoby w Warszawie pod chińską ambasadą.

Jednej może nie. Gdyby jednak każda z tych osób, które brały udział w marszu, stosowała takie wymówki – nikt by w rezultacie nie przyszedł. Głos jednej osoby jest jak kropla w morzu. Zgadzam się. Ale już w grupie jest siła. Bo każde wielkie morze składa się z malutkich pojedynczych kropel. Każdy ocean.

***

Trzeba z bólem serca zaakceptować fakt, że w 2016 roku okrucieństwo znowu będzie miało miejsce. Ale wierzę w to mocno, że w kolejnych latach będzie coraz lepiej. Że świat się dowie, że nie pozostanie to bez interwencji. Że w końcu zatrzymamy Yulin. Jeśli nie od razu to za jakiś czas. Jeśli nie w 2016, to może w 2017. Ale nawet jeśli nastąpi to dopiero za 10 lat – to i tak było warto być na tegorocznym marszu w Warszawie.

Dobrze jest poświęcić czas na coś, co jest dla nas naprawdę ważne. A często – dla wielu osób – oprócz rodziny, miłości, zdrowia, osobistych pasji, duże znaczenie mają także właśnie zwierzaki. Fajnie poczuć, że przyczyniamy się do poprawy ich losu. To trochę tak, jak pokazanie samemu sobie, że nasze wartości są ważne i nie zapominamy o nich w natłoku codziennych zadań do wykonania, tabelek do wypełnienia, spraw do uporządkowania.

Dlatego – jeśli jesteś jedną z tych osób, które kochają zwierzęta – zapewniam Cię, że warto być czasem głosem tych stworzeń, bo one przecież mówić w swojej obronie nie potrafią. Opłaca się też uświadamiać innych ludzi, zwyczajnie rozmawiać. Nawet jeśli niektórzy uznają nas za wariatów (jak wspomniano podczas marszu), albo naiwniaków.

Nie można udawać, że sprawa nie istnieje i odwracać wzrok. Choć wiem jak trudno jest zaakceptować myśl, że jeszcze wiele psów i kotów w bestialski sposób zostanie zabitych. Sama mam z tym problem. Nie możemy jednak załamywać rąk i poddawać się myśli, że nic się nie da zrobić. Trzeba działać tam gdzie można. Gdzie tylko się da. Każdy na swój sposób.

Osobiście myślę, że również samą postawą można już trochę zmienić. Swoją własną. Ten świat nie potrzebuje już więcej wzmacniania cierpienia, epatowania nim, biernego marudzenia jak jest źle. Wystarczy, że wiemy jaka jest rzeczywistość. Moim zdaniem światu nie potrzeba też kolejnych osób, które nienawidzą. Potrzeba za to energii dobra, współczucia, empatii. Działania w słusznej sprawie.

Marne to pocieszenie dla miłośników tych biednych psów i kotów, ale na jakimś poziomie mocno wierzę w to, że Bóg (w jakiegokolwiek Boga wierzysz) jest i będzie z każdą żywą istotą, jaka chodzi i będzie chodzić po tej planecie. Nawet w czasie cierpienia (choć to dla ludzkiego umysłu niepojęte). Chcę w to wierzyć. Pomaga mi to przetrwać te kilka dni trwania “festiwalu”, mając świadomość co dzieje się akurat tam daleko, w Azji.

Kiedy zdałam sobie sprawę – oglądając obrazki z Yulin – co ja bym zrobiła tym ludziom, gdybym miała możliwość… to powiem Wam szczerze – najbardziej okrutne sceny z serialu „Gra o Tron” się chowają… Nie wiedziałam, że mogę mieć taką fantazję.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że – o matko – ja też muszę mieć w sobie cząstkę bestialstwa (żeby w ogóle tak móc pomyśleć). Bo prawda jest taka, że nie wiem co bym zrobiła widząc wydarzenia z Yulin na własne oczy. Podskórnie czuję, że mogłoby mnie ponieść w obronie zwierzaków. A ucierpieliby ludzie.

Z drugiej strony myślę, że to są chorzy ludzie, nieświadomi, pewnie głęboko spaczeni, emocjonalnie pokaleczeni i przez to na pewno głęboko nieszczęśliwi. Szczęśliwy człowiek tak nie krzywdzi.

Dlatego wydaje mi się, że samą nienawiścią nic nie wskóramy. Podkręcaniem swojego cierpienia nie sprawimy, że te futerkowe biedactwa będą cierpiały mniej. Trzeba wziąć tą energię złości i wykorzystać ją, przekierować na inne tory, przekuć w działanie. Takim działaniem był na przykład nasz wspólny tegoroczny protest. Czasem samo pisanie komentarzy na Facebooku nie wystarczy. Trzeba ruszyć tyłek.

***

Moja kicia :)
Moja kicia 🙂

Wróciłam do Gdańska po 21. Czy wyjazd mi się opłacił? Nie. Absolutnie. Czy było warto? Zdecydowanie tak.

Kiedy przekręcałam klucz w drzwiach, powitało mnie znajome miauczenie mojej kotki, która czekała od rana aż wrócę. Poczułam nieopisaną radość po całym tym dniu pełnym wrażeń. Móc przytulić stęsknione zwierzątko po powrocie do domu – bezcenne. 🙂

***

Dlaczego jeszcze warto brać udział w protestach takich jak ten?

Nagle widzisz, że jest więcej osób takich jak ty. Ludzi, którzy nie mogą patrzeć nawet na zdjęcie cierpiącego psa, bo potem miesiącami nie mogą zmrużyć oka w nocy. Nabierasz jakiejś takiej nadziei, że to ma sens, że jesteś we właściwym miejscu, że robisz coś wartościowego. Że jesteś potrzebny.

„Kocham zwierzęta”. Tak powie wielu ludzi. Ja też to powtarzam od dziecka. Jeszcze będąc w szkole podstawowej obiecałam sobie, że jak dorosnę to coś zrobię, żeby ludzie nie krzywdzili zwierząt. Być może w dzieciństwie też składałeś sobie takie obietnice? Fajnie jest poczuć, że gdyby dziś 10-letnia wersja mnie przyszła tutaj, gdzie teraz jestem pisząc te słowa, to byłaby ze mnie zadowolona.

Wayne Dyer miał w zwyczaju mawiać z taką dziecięcą wiarą, trochę na przekór wszystkim: „Jestem realistą, spodziewam się cudów.” Ku pokrzepieniu serc na koniec coś zaproponuję – Może warto spróbować zacząć spodziewać się cudów, zamiast najgorszego? Tak po dziecięcemu, z ufnością. A jeśli nie potrafimy, to przynajmniej nie podcinajmy skrzydeł tym, którzy akurat idą na jakiś marsz wcielać cud w życie. Nie mówmy im: „Po co ty jedziesz na jakieś protesty? To nic nie da!”.

Co jeszcze możemy zrobić w czasie trwania Yulin, teraz kiedy protest się odbył? Samym marszem i petycjami zrobiliśmy dużo, tyle ile możemy na dany moment. A teraz? Skoro więcej się na razie nie da – może wystarczy wrócić dziś z pracy do domu i przytulić swojego stęsknionego zwierzaka? Tak „po ludzku” się ucieszyć, że jest? Najlepiej tak mocno, żeby to piękne, dobre uczucie dało się poczuć nawet w Chinach. Tego tam teraz potrzeba. Dla przeciwwagi.

Ściskam wszystkie osoby, które kochają zwierzaki i nie wstydzą się być ich głosem w świecie. Podziękowania dla Organizatorów marszu i protestu w Warszawie. Było warto.