Najpierw wygraj, potem walcz

To było zadanie domowe. Chyba dla chętnych. Może w piątej klasie podstawówki. Trzeba było napisać wypracowanie w formie felietonu o Japonii i Samurajach. Tak się jakoś złożyło, że tego samego dnia wieczorem razem z tatą i siostrą oglądaliśmy w telewizji program dokumentalny, o Samurajach właśnie. Puentą było zdanie podsumowujące jedną z zasad Samurajów – „Najpierw wygraj, potem walcz”. Postanowiłam uczynić to zdanie również puentą mojego wypracowania. Wydawało mi się jakieś takie wyjątkowo zgrabne.

Następnego dnia po przeczytaniu na głos swojej pracy, pani od geografii spytała mnie jak rozumiem to moje zgrabne zdanie. Jako jedenastolatka nie miałam pojęcia o co chodzi. I szczerze mówiąc bardziej interesowała mnie wtedy dobra ocena w dzienniku niż wchodzenie w filozoficzne rozmyślania.

***

Dwadzieścia lat później

***

Właśnie w telewizji leci film „Ostatni Samuraj” z Tomem Cruisem w roli głównej – i jakoś tak pamięć o tamtym wypracowaniu i zasadzie Samurajów na nowo odżyła.

„Najpierw wygraj, potem walcz” – No pewnie! To ma sens! – usłyszałam nagle głośny okrzyk monologu w swojej głowie, wypowiedziany na znak zrozumienia „o co w tym wszystkim chodzi”. Przypomniało mi się ile razy byłam w takiej sytuacji, że angażowałam się w coś całą sobą, z niezachwianą wiarą, że „to coś” mi się uda. I tak zazwyczaj było. Bo w środku byłam święcie przekonana, że nie ma innej opcji, że musi się udać.

Tak wiele w życiu zależy od naszego nastawienia, postawy wobec różnych spraw. Uda nam się raz, potem drugi, kolejny. I zupełnie zmieniamy swój pogląd na to, ile jesteśmy w stanie zrobić. Wierzymy w siebie bardziej. I wtedy – jak za sprawą czarodziejskiej różdżki – udaje nam się jeszcze więcej rzeczy.

Albo może być wprost odwrotnie… Jedna porażka może sprawić, że uwierzymy w fałszywą myśl w stylu: “Nigdy mi się nie uda”. Ten sam mechanizm zadziała tak samo skutecznie w drugą stronę.

***

Pewnego razu…

***

Pamiętam moją pierwszą wycieczkę promem. Miałam ze dwadzieścia lat. Może dwadzieścia jeden. Było lato, a my wybraliśmy się na parę dni do Szwecji, by zobaczyć jak to jest po drugiej stronie Bałtyku. Po wejściu na prom ogłosili konkurs. Na wielkiej płachcie papieru wypisano dziesiątki pytań dotyczących wszelkich informacji i ciekawostek o promie. Pytania o ilość szalup ratunkowych, nazwisko kogoś ważnego z załogi czy nazwę najdroższego dania w karcie restauracji na 6-tym decku. Wycieczka po promie zajęła nam ze 3 godziny. Co rusz potykaliśmy się o innych „szaleńców” biegających ze swoimi arkuszami. Niektórzy nawet próbowali ściągać.

Nie dość, że zabawy było przy tym po pachy, to jeszcze podeszłam do zadania wyjątkowo „bojowo”. Jakoś tak od samego początku wmówiłam sobie, że wygramy. Oddaliśmy wreszcie wypełniony arkusz z odpowiedziami i poszliśmy do swojej kajutki.

–  „Co Ty robisz?” – usłyszałam parę chwil  tuż po zamknięciu drzwi.

– „Przebieram się, przecież nie pójdę w takich ciuchach po odbiór swojej nagrody!” – odparłam spokojnym, aczkolwiek stanowczym głosem, zupełnie tak jakbym “dała w łapę” członkom jury.

Nastąpiła chwila śmiechu – takiego wiecie – z domieszką politowania – jak się czasem komentuje marzenia pięciolatka o zostaniu kosmonautą jak dorośnie.

Nagle z głośników na całym promie (w tym w naszej małej kajutce) rozległ się głos. “Proszę Państwa, znamy już wyniki konkursu (…)”

***

Taka niby nieistotna historia, o której dawno powinnam zapomnieć. A jednak stanowi dla mnie jakiś magiczny symbol, że jak się chce, to faktycznie można.

A Ty? Co najpierw chciałbyś wygrać, zanim w ogóle zabierzesz się do działania?