Om-Healing, czyli Fabryka Pozytywnej Energii

OM-Healing

Siadasz w kręgu. Czasem na karimatach rozłożonych na podłodze wynajętej sali fitness klubu, innym razem na plaży albo na polanie, jak pogoda dopisze. Dookoła znajome twarze uśmiechają się do Ciebie, a nowe wpatrują się jeszcze w Majkę, prowadzącą OM-Healing. Opowiada im przez chwilę o samej praktyce – jaką historię i korzyści ze sobą niesie, komu przypisuje się jej stworzenie, a przede wszystkim w jaki sposób być znowu bliżej „samego siebie”, a jednocześnie w połączeniu z całym światem.

Zanim zaczniemy właściwą praktykę, czas na mantry, które uwielbiam. Nie ma w tym bynajmniej żadnych podtekstów religijnych, chociaż wiele z nich wywodzi się z głównych wiodących religii świata.

W moim odbiorze jest to taka super „rozgrzewka” przed tym, co nastąpi za chwilę. Zupełnie jak taki pozytywny support przed głównym wykonawcą na koncercie. Majka rozdaje odpowiednie kartki z tekstem, zazwyczaj składającym się z zaledwie paru-parunastu wersów. Oczywiście warto rozumieć co się śpiewa i do kogo inwokuje, ale w tym wypadku już od pierwszych dźwięków po prostu się czuje, że robimy coś pozytywnego. Zapewniam Was, że można spać spokojnie, gdyż żadnych „konszachtów z ciemną stroną mocy” tu nie ma. Wprost przeciwnie. Gdy tylko zabrzmi pierwszy dźwięk gitary, nasze głosy zaczynają łączyć się w jedną spójną melodię. Ktoś przygrywa na jakimś małym instrumencie, którego nazwy nie znam, ktoś inny odpływa w takt rytmu wydawanego przez bęben. Z jednej strony czujesz, że robisz coś dobrego – wręcz wzniosłego – dla siebie i innych, a z drugiej możesz odnieść wrażenie, że przeniosłeś się do czasów szkolnych kolonii, kiedy „wodzirej” grał na gitarze, a reszta głośno podśpiewywała z uśmiechem od ucha do ucha. Nieopisana radość. Po prostu.

Po kilku mantrach przychodzi czas na właściwą praktykę. Siedząc dalej w kręgu odliczamy do trzech. Raz – dwa – trzy – raz – dwa – trzy – raz… I tak dalej. Dzielimy się na trzy grupy oraz dwa kręgi. Być może Twój „wewnętrzny matematyk” teraz spyta – „ale jak to?”. Otóż, już tłumaczę. Krąg wewnętrzny – ten mniejszy – to osoby z jednej z trzech grup, które siedzą do siebie nawzajem plecami. Krąg zewnętrzny tworzy się z dwóch pozostałych grup. Osoby z obu kręgów siedzą w taki sposób względem siebie, że patrzą na swoje twarze. W sam środek wkładamy butelki z wodą, tak aby przenikła ją najczystsza wibracja jaka tu dzisiaj powstanie.

OM-Healing

Przed nami trzy serie „OM-ów”, chyba po 15 minut, ale głowy sobie uciąć nie dam. To Majka mierzy czas, my natomiast w tym czasie możemy swobodnie „odpłynąć”. Te zmiany w kręgach mają m.in. na celu to, by każda grupa miała możliwość posiedzenia chwilę w środku, gdzie wibracja jest najmocniej odczuwalna. Zazwyczaj na początku ustalamy, która grupa kiedy wejdzie.

***

Poprawiam jeszcze pozycję, żeby upewnić się, że nie będzie mi niewygodnie ani zimno. Dziś to zadanie jest łatwe, bo siedzimy na mięciutkim ciepłym piasku na plaży. Zaczynamy.

Ooooooooooommmmmmmmm Oooooooooooooooomm Oooooooooommmmmmmm Oooooooooommmmmm Ooooooooooooooom …..

Zamykam oczy, chcę się wyciszyć i skupić na tym, co robię. Próbuję uciszyć myśli biegające samopas po mojej głowie. Mijają minuty. Każdy „OM-uje” w swoim tempie. Oooooooooooommm – nabranie oddechu – i znowu Oooooommmmm. Otwieram na chwilę oczy. Chmura, która wisiała nad nami zaczyna się oddalać, a skrawek nieba bezpośrednio nad naszymi głowami zaczyna być czysty i błękitny. Mimo, że dookoła – gdzie nie popatrzeć – tam wciąż wiszą białe kłębki chmur. Cuda jakieś, czy co? – pytam sama siebie w myślach. Podobno zdarza się, że nawet zwierzęta potrafią podejść do „OM-ujących”, jakby coś je ciągnęło do tej wibracji. Niektórzy słyszą jakieś głosy, jakby anielskie, nie z tego świata, a inni nie odczuwają żadnych nadprzyrodzonych dźwięków – i to też jest OK. Każdy bierze z OM-Healingu coś dla siebie – zazwyczaj to, czego akurat najbardziej potrzebuje. Ukojenia? Pewności w jakiejś kwestii? A może odpowiedzi na jakieś pytanie?

OM-Healing
OM-Healing

***

Od czasu do czasu zbliża się do nas kilkoro plażowiczów zaciekawionych tym, co się dzieje. Zawsze w takich momentach chce mi się śmiać. Ciekawe co sobie o nas myślą? Pewnie, że banda sekciarzy modli się do jakiegoś zdechłego kota albo kozła, którego przed chwilą utłukli. Takie myśli z kolei mi przychodzą do głowy, gdy na nich patrzę. Wesoło mi. A po chwili weryfikuję swoje spekulacje i stwierdzam, że być może ciągnie ich po prostu do tej naszej dobrej energii. Bo w momencie OM-owania jesteśmy jak jedna wielka „fabryka pozytywnej energii”, która ponoć wywiera korzystny wpływ na ludzi, zwierzęta i rośliny w promieniu kilku kilometrów.

***

Dlaczego jeszcze warto sprawdzić na własnej skórze pozytywne korzyści z OM-Healingu? Koszt pojedynczego cotygodniowego spotkania latem to „donacja od serca”. Co oznacza, że możesz wrzucić do sakiewki 8 zł, 10 zł, albo 157 zł. Natomiast jeśli nie możesz – nie ma obowiązku. Parę groszy dorzucamy się tylko wtedy, kiedy trzeba wynająć salę i pokryć koszty organizacyjne, bo na “plener” jest za zimno. Moim zdaniem takie potraktowanie sprawy świadczy o najwyższym poziomie prowadzącej, a raczej o jej intencjach. Warto wspierać kogoś, kto robi coś fajnego dla innych, zupełnie bezinteresownie.

OM-Healing
OM-Healing

Poza tym nie da się ukryć, że często to, co najbliżej nas, najbardziej dostępne i najtańsze jest jednocześnie najcenniejsze. Czasem okazuje się, że nie trzeba wcale szukać daleko… Rozwój osobisty ma dzisiaj w swojej ofercie mnóstwo kursów i warsztatów. Wybór jest ogromny, lecz często wiąże się z dużymi nakładami finansowymi. Nie mamy przy tym gwarancji, że kurs u tego czy tamtego trenera nam pomoże. Jeśli zmęczył Cię ten ciągły pęd za szukaniem swojej drogi lub samodoskonaleniem, które tak naprawdę jest jednym wielkim kręceniem w kółko – zatrzymaj się. Może przyjdziesz po-OMować?

OM-Healing
OM-Healing

Wykorzystane zdjęcia są niecnie podkradzione ze strony facebookowej OMH Trójmiasto
https://www.facebook.com/groups/298533716948072/