Pocztówki z Camino de Santiago

Spis obrazków:

1. Bolało mnie wtedy kolano jak cholera, ale że były to ostatnie kilometry wędrówki, a Santiago już czaiło się za rogiem, postanowiłam przyodziać się w kolorową chustę i wielki bananowy uśmiech. Od razu bolało jakby mniej. Wchodząc do Santiago śpiewaliśmy stary hit Beach Boysów “Cocomo”. Zamiast nucić więc pieśni religijne – jak to na pielgrzymkę przystało – z gardła wydobywałam radosne dźwięki “Aruba Jamaica, oh I wanna take ya (…)” Od dziś te słowa będą mi się kojarzyły już tylko z pieśnią chwały. Niczym Eye of the Tiger albo Mazurek Dąbrowskiego. Hurra! Udało się!

2. W miejscowości Melide w Hiszpanii dają ponoć najlepszą ośmiornicę na świecie. Prawiem rzygała czując kształt macek na języku, ale byłam twarda i jadłam. Jak widać na załączonym obrazku. Czy była to najlepsza ośmiornica na świecie? Trudno powiedzieć.

3. Prawa, lewa, prawa, lewa. Ile jeszcze? Co mi odbiło, że poszłam? Nie lepiej było jechać na Dominikanę i leżeć teraz na plaży?

4. Panthea to dziewczyna z Kanady, którą spotkałam trzy razy na camino. Obie podpisałyśmy koszulkę pewnemu choremu chłopakowi z Malty, który zbierał podpisy (będę nieskromna) najładniejszych dziewczyn na camino. Ponoć w celach charytatywnych. Cholera go tam wie po co to robił, ale wnukom może kiedyś opowiem, że raz w życiu złożyłam autograf na T-shircie.

5. Dzień chyba szósty. Godzina 7.30. Wyruszam z albergi w Portomarin. Przede mną kolejne dwadzieściaparę kilometrów iścia i cudna mgła na początek drogi.

6. Nie miałam ze sobą ani przewodnika ani mapy. Chwilami trzeba być na camino uważnym żeby nie przegapić drogowskazów w postaci żółtych strzałek lub muszli ukrytych w takich właśnie kamieniach.

7. A oto dwa dowody na to, że o własnych siłach pieszo doszłam do Santiago. Pierwszy to ten certyfikat, a drugi to japonki – jedyne buty, które mogłam założyć, bo pęcherze na piętach już na tym etapie drogi nie pozwalały mi by założyć jakiegokolwiek innego obuwia.

8. A propos butów – do albergi (hostelu) nie wchodziło się w butach. To mogłoby grozić śmiercią na miejscu poprzez uduszenie albo zaczadzenie. Stąd te eleganckie półeczki w korytarzach.

9. Wieczory w albergach. Gdy już trochę się odpoczęło i zawiesiło wyprane majtki i koszulki na linkę do wyschnięcia, można było zasiąść przy stole z nowymi znajomymi i pogadać, albo nawet wspólnie pośpiewać. Na zdjęciu udajemy, że śpiewamy piosenkę “Imagine”. Wyobraźcie sobie, że słyszycie. 😉