Wszystkim nam potrzebny jest rehab

Wszystkim nam potrzebny jest rehab

They tried to make me go to rehab, but I said No No No!” zaśpiewała swego czasu Amy Winehouse.  A w dodatku zaśpiewała w taki frywolny, zawadiacki sposób, żeby cały świat usłyszał, że faktycznie wcale nie potrzebuje żadnego odwyku i w ogóle to dajcie jej święty spokój. O co Wam chodzi?

Przekonała Was? Czy może wręcz przeciwnie – dźwięki jakie z siebie wydobyła brzmiały w Waszych uszach jak desperackie, aczkolwiek zakamuflowane, wołanie o pomoc. „Ludzie, usłyszcie, zobaczcie jak mi źle.”

Ile umysłów, tyle interpretacji. Każdy może mieć inny pomysł i swoje własne refleksje na ten temat.

A ja chcę dzisiaj wykorzystać ten wątek i sprowokować kogo tylko zdołam do przyjrzenia się myśli, że MY WSZYSCY POTRZEBUJEMY ODWYKU. Na jakimś poziomie.

Nie musi wcale chodzić o narkotyki, alkohol, czy inne hardkorowe formy uzależnień. Bo tych może być wiele – pracoholizm, uzależnienie od drugiej osoby, przesadne ciągoty do zawartości lodówki, do seksu, internetu, albo zakupów. Niezależnie bowiem czy przykleisz sobie etykietkę „shopaholika”, „alkoholika”, „sexoholika”, czy jakiegoś innego „holika”, to pod tymi wszystkimi zgrabnymi nazwami kryje się jedno źródło.

Wybieramy uzależnienie, bo nie chcemy na coś patrzeć. W jakimś sensie stworzyliśmy sobie z uzależnienia taki bezpieczny kokon, kryjówkę, która ma nas chronić przed czymś, co zadałoby nam ból, gdyby tylko trzeba było się z tym zmierzyć oko w oko.

Wiadomo – nikt nie chce czuć bólu – i staramy się unikać go jak ognia. Jesteśmy w stanie zapłacić wysoką cenę, by się od niego odciąć. Nawet zniszczyć własne ciało, zdrowie psychiczne, czy relacje z najbliższymi.

Anthony de Mello opowiada o źródle tych wszystkich ludzkich nieszczęść, przypominając nam, że większość z nas dostała w dzieciństwie narkotyk, który jest korzeniem wszystkich innych uzależnień.

Nazwał go aprobatą.

Jako niemowlęta i małe dzieci mieliśmy w nosie, czy komuś podoba się jak raczkujemy, czy robimy to zwinniej i zgrabniej niż nasz starszy brat, gdy był w naszym wieku. Nie miało to znaczenia. Do momentu aż pewnego dnia usłyszeliśmy pierwszą pochwałę, a potem kolejną i kolejną. Potem doszły do tego porównania – do starszego brata, koleżanki z ławki czy z kolegi z placu zabaw. „Bo oni to mogą zapracować na piątkę z polskiego, a my nie.” Później doszła krytyka – która nie uderzała w to, co robimy, ale w to kim jesteśmy. Nikt nam nie wytłumaczył, że bycie trójkowym uczniem oznacza tylko tyle, że dostaję zazwyczaj trójki. Koniec tematu. My nastomiast przyjęliśmy za pewnik, że coś musi być z nami nie tak. Jesteśmy źli, gorsi, niedoskonali, niewystarczająco dobrzy.

W konsekwencji nauczyliśmy się działać i żyć jak roboty – chcąc uzyskać uznanie i uniknąć krytyki.

Miarą naszego życia i barometrem szczęścia stał się SUKCES rozumiany jako mniej zmarszczek, modniejsze ciuchy, lepszy samochód, większy prestiż w pracy, ładniejsza żona. Niż u sąsiada, albo starszego brata – rzecz jasna.

Nie przyszło nam nawet do głowy żeby się zastanowić, co znaczy SZCZĘŚCIE, albo SUKCES dla nas. Wolimy przyjąć za pewnik scenariusz typowy dla większości społeczeństwa, w jakim żyjemy. Zupełnie tak jakby ktoś inny wiedział lepiej co jest dla nas dobre.

WSZYSCY JESTEŚMY WARIATAMI?

Żeby było śmieszniej – zaczynamy przy tym wymagać od innych osób niemożliwego. “Kochaj mnie! Bo ja nie wiem jak kochać sam siebie. Pochwal mnie. Bo ja sama siebie tylko krytykuję. Zobacz moje potrzeby! Bo dla mnie one nie są aż tak ważne.”

Widzicie obłęd tego wszystkiego? A tą zarozumiałość?

rehab
Wszystkim nam potrzebny jest rehab

Wykorzystujemy innych ludzi, by potwierdzali nam jacy wspaniali jesteśmy. A gdy tylko ktoś ośmieli się nas skrytykować – przestaje być naszym przyjacielem. Wywalamy go ze znajomych na Fejsbuku. I pozamiatane.

Nadużywamy też przy tym samych siebie. Spychamy na bok swoje marzenia i potrzeby, ponieważ zatraciliśmy się w przewidywaniu co też ten facet czy ta kobieta myślą sobie na nasz temat. Ba, z upływem lat nawet tracimy kontakt z własnymi potrzebami. Zaczynamy się zastanawiać „czy moje marzenia są faktycznie moje” i wydaje nam się, że zwariowaliśmy.

Prawda jest jednak taka, że jeśli doszliśmy już do momentu, kiedy wydaje nam się, że świrujemy lub oszaleliśmy – to najczęściej zaczynamy zdrowieć i wracać do siebie.

Czasem trzeba na chwilę ześwirować, żeby wróciło nasze zdrowie psychiczne. Nie trzeba od razu lecieć na oddział psychiatryczny lub kontaktować się z lekarzem czy farmaceutą.

Na czym polega to ześwirowanie? Otóż, na jakimś poziomie uwierzyliśmy, że coś jest z nami nie tak, jesteśmy gorsi, nie zasługujemy (na miłość, sukces, szczęście, itd.). W związku z powyższym musimy teraz zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby na to coś (miłość, sukces, szczęście,…) zasłużyć. Wydaje nam się, że źródło tego leży gdzieś poza nami i wypruwamy sobie żyły, żeby w oczach innych ludzi przejrzeć się jako ktoś warty i godny tych wszystkich rzeczy. Tak jakby jacyś „oni” mieli klucz do tych wszystkich cnót i dóbr. Zapieprzamy więc jak roboty w pracy, zaprzedajemy siebie i swoje własne potrzeby, żeby ci „oni” nareszcie zobaczyli, że jesteśmy ważni!

A „oni” co? Najczęściej mają nas w dupie. Albo przynajmniej tak to na pierwszy rzut oka (naszego oka) wygląda.

No i tworzy się wielka fala złości, gniewu, szału w nas. Widzcie ją, jak się piętrzy? Szlag nas trafia! Bo my przez te ostatnie 20, 30, 40, 50, 60 czy więcej lat tak się staramy, by dobrze wypaść! Tak przedkładamy potrzeby innych nad swoje, a oni w taki sposób nam się odwdzięczają?!?

rehab
Wszystkim nam potrzebny jest rehab

Pocieszająca myśl jest taka, że na szczęście większość z nas jedzie na tym samym wózku. Nie jesteśmy więc jakimiś wariatami i – co więcej – możemy coś z tym zrobić. Właściwie w każdym momencie mamy kolejną szansę, by powiedzieć „stop” – dać innym ludziom święty spokój i nie próbować wejść do ich myśli, by przewidzieć, co też sobie myślą na nasz temat.

Zająć się sobą. Tak w ramach odwyku…

***

Warto wreszcie zwolnić innych ludzi z naszych oczekiwań i obowiązku pokazywania nam jacy jesteśmy zajefajni i wyjątkowi. Może wcale tacy nie jesteśmy w ich oczach – i to też jest OK. Możemy też zwolnić siebie z szukania szczęścia w niewłaściwych miejscach, gdzieś na zewnątrz, poza sobą.

A gdyby tak dla odmiany wsłuchać się w ciszę i zacząć przekopywać się przez te warstwy błędnych przekonań i iluzji, które dyktowały nam jak z automatu odpowiedź na pytanie „jak powinno być”? Być może dokopiemy się do nas samych i znajdziemy swoje własne odpowiedzi?

Masz w sobie tyle odwagi?